Często mam tak, że jak się do czegoś nastawię negatywnie to nie można tego zmienić, choćby nie wiem co. Mają na to wpływ rożne czynniki. W przypadku książki może to być okładka, czyjaś negatywna opinia, lub przykładowo – czcionka. Tak już mam i nic tego nie zmieni. Nie staram się nawet z tym walczyć. Ale działa to w dwie strony. Jak już jestem do czegoś nastawiona pozytywnie, to równie ciężko mnie zniechęcić.

Jeśli chodzi o książkę „Światło między oceanami” byłam do niej na prawdę pozytywnie nastawiona. Począwszy od waszych rekomendacji, przez wygląd okładki, przez opis, no i oczywiście przez wzgląd, na adaptację. Nie zastanawiając się za bardzo, napalona jak na prezenty  w Boże Narodzenie, kupiłam i zaczęłam czytać.  No i tutaj zaczynają się schodki. Historia zaczyna się dosyć szybko, gościu zostaje latarnikiem, poznaje laskę, hajta się, happy ending story (wybaczcie te kolokwializmy). Zaczynają się problemy kiedy to młoda żona nie potrafi donosić ciąży, a do ich wyspy na odludziu przybija łódka z trupem i małym dzieciątkiem. Oczywiście wszyscy wiemy, jak ta historia potoczy się dalej. Para przygarnie maluszka, pochowa trupa i nikt się nie zorientuje, ale jak też wszyscy wiemy, kłamstwo ma krótkie nogi, a resztę doczytajcie w książce lub też domyślcie się sami.

 Oczywiście historia nie jest zła, ma morski klimat, z wojennym aromatem w tle. Wszystko to co lubię, gdyby nie jedna, ważna sprawa…

Styl pisania autorki, który totalnie doprowadzał mnie do szalu. Rozdziały podzielone na podrozdziały, które raczej można by nazwać PODPUNKTAMI,a nie podrozdziałami, bo te miały zaledwie po kilka linijek. Totalnie nie rozumiem koncepcji autorki na rozpoczynanie kolejnych „rozdzialików” zamiast użyć akapitu… no tak, ja nigdy pisarką nie zostanę, ale jakbym nią zostać miała, na pewno bym tak nie poczyniła, bo ludzi doprowadza to do szału. Bynajmniej mnie.

No i właśnie w tym tkwi cal szkopuł. Przez wymyślne podpunkty stworzone przez autorkę, tak bardzo nie potrafiłam skupić się na książce, że z ostatnim zdaniem stwierdziłam ‚ta książka to porażka’, bo nie dość, że sama historia ociera się o standardowy, przewidywalny dramat, gdzie para nie może doczekać się swojego potomstwa, dlatego popełnia jakieś przestępstwo, do którego najczęściej zachęca kobieta, a wina zawsze spada na mężczyznę (bo jak to kobieta może być winna, przecież ona jest taka bezbronna), to w dodatku denerwuje stylem.

Póki co tyle o książce, teraz przejdźmy do filmu. I tu potwierdzam swoja teorie, że jako choleryczka, która często denerwuje na prawdę byle co (tak jak w tym przypadku – to te nieszczęsne podrozdziały), tak film mi się spodobał. Nie będę się tu rozpisywać na temat produkcji filmowej, bo w tej dziedzinie jestem totalnym laikiem (w tym roku obejrzałam może 3 filmy, z czego półtorej przespałam), jednak ten film i ta aranżacja przypadły mi na tyle do gustu, by wspomnieć o niej tutaj. Klimat starego, wojennego kina, który wprowadza nas w piękne zakamarki (jak mniemam) Australii (chociaż widzę, że reżyser ograniczył się do piękna Nowej Zelandii i USA), piękna wyspa, mnóstwo wody i zieleni, natura i to, czego akurat teraz mi brakuje – SPOKÓJ I CISZA panująca na wyspie, wewnętrzne uspokojenie krajobrazami, którego nie potrafiłam wycisnąć z książki.  Idealnie gra pięknej Alicii Vikander i prawie idealnie dobrany Michael Fassbender (w tej roli widziałabym chętnie innego aktora…).

 Czuć klimat, czuć tę wyspę, czuć te emocje, potrafię na te dwie godziny przenieść się na wybrzeża i usłyszeć szum fal, których strasznie brakowało mi w książce.

Nie mnie oceniać, co lepsze, czy książka czy film. Zawsze będę powtarzać, że ksiazkę tak czy tak warto  przeczytać, ze wględu na fabułę, szczegóły, ale tez tylko po to BY CZYTAĆ. Nie zniechęcam, ale jeśli czytacie lub przeczytaliście „Światło między oceanami” – zobaczcie też film. Wiem, że wielu osobom, baaaardzo wielu, książka przypadła do gustu. I bardo dobrze, bo nie wszyscy musza mieć takie zdanie jak ja. Polecam wam jednak, mimo wszystko, obejrzeć film, bo wydaje mi się ze warto.

Powiem wam tylko jedno. Bardzo. BARDZO rzadko film podoba i się bardziej niż książka. W tym przypadku tak było. Film wywołał we mnie emocje, których książka nie potrafiła. Podejrzewam, że nie zgadzacie się w ocenie ze mną, ale to nic, jesteśmy ludźmi, mamy prawo do odmiennego zdania.

Z tego miejsca polecam wam -i książkę -i film. Niech stracę. Są warte waszego czasu, bo z książki poznacie doskonale historię i jej szczegóły, a film zapewni wam odpowiednie emocje.

Średnia ze mnie recenzentka, bo widzę, że zamiast skupiać się na historii to skupiam się na emocjach jakie wywołała we mnie cała historia. Mam jednak nadzieję, że jakoś was zachęciłam do czytania. Jeśli nawet nie spodobała wam się moja notatka o tej powieści – czytajcie cokolwiek. Odłóżcie telefony i weźcie do ręki książkę. Warto.