Każdy, jak po kimś  poskrobiesz, kryje jakiś brud. Każdy.

„Brud”, jak każde inne książki autora są jak Warsaw Shore. Nikt oglądać nie chce, bo to ‚debilny program o alkoholikach i puszczalskich’, ale jak już oglądają, to w głowie mają myśli, że sami by tak chcieli się zabawić, po ludzku „odchamić”. No i najważniejsze – CZASAMI NIE PRZYZNAWAJ SIĘ, ŻE TO OGLĄDASZ. bo to wstyd i hańba.

Mam wrażenie, że „Brud” jest taki sam. Ludzie czytają, przy znajomych mówią ‚matko, co to za idiotyczna książka, o seksie, pieniądzach i zdradach’, ale każdemu w głowie cichutko diabełek szepcze ‚…sam bym chciał podobnie…pieniądze, przygody…’

Oczywiście ! nie przyznajemy się, że czytamy (autora), bo to książki nie na poziomie i nic sobą nie reprezentują.

Ja się przyznaję. Dla mnie to żaden wstyd, a nawet chciałabym takich wynalazków czytać więcej. Bo ta książka to życie. Esencja życia, gdzie skrajnie, ale dobitnie, pokazane jest za czym tak na prawdę gonimy…

Relu jest warszawskim adwokatem, który mieszka w Lemingradzie, czyli w dzielnicy Wilanów. Jego najcenniejszym klientem jest Janusz, zdemoralizowany multimilioner, a najlepszym przyjacielem Józek – wierny pies.

Relu nie lubi ludzi, ale ludzie lubią jego. Przychodzą, aby mu się zwierzać. Pije więc i słucha ludzkich tajemnic w świecie, gdzie kobiety są łatwe, a mężczyźni bezduszni. Prowadzone rozmowy bezlitośnie obnażają brud błyszczącego i wymuskanego świata mężczyzn w drogich garniturach i kobiet w jeszcze droższych kostiumach.

Tu wszystko pozornie jest doskonałe. Jest wspaniały ojciec, adwokat z własną kancelarią. Piękna żona. Czarujący syn. I pies. Do momentu, aż spojrzysz głębiej. Bo każdy kryje jakiś brud. Kochankę. Kochanka. Sekretnie oglądane porno, eksplozje wściekłości, ploty, plotki, alkohol, narkotyki, środki nasenne, modły, aby sąsiad miał gorzej, radość, że komuś się nie powiodło. I wrzask.

To książka o samotności. O czymś, co może jest miłością. I o strachu przed śmiercią.

Awanse, duże pieniądze, których ciągle za mało, samochód,nowy smartfon, laptop, większy telewizor, dom z ogrodem, żona, gromadka dzieci, pies, kot, ptak no i kochanka.  Problemy dnia codziennego zatapiane w kieliszku, aż tu nagle…budzimy się po pięćdziesiątce i zaczynamy analizować. Wygraliśmy czy przegraliśmy życie?

Nie mam w prawdzie pięćdziesięciu lat, nie mam nawet trzydziestki, ale już wiem, że gdybym mogła cofnąć czas – dużo rzeczy zrobiłabym inaczej. Ale nie żałuję niczego. Takie już jest życie, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

Jak upadniesz, trzeba chwilę poleżeć. Zebrać siły. I iść dalej.

I mimo, że książka może nam się zdawać lekka i przyjemna, jest ona tak naprawdę inteligentna i dość ciężka. Bo nie chodzi o to, żeby przekartkować ją całą czytając bez zastanowienia. Radzę wziąć sobie ją do serca i zajrzeć w jej głąb, bo ta historia uczy. Uczy tego, że nie warto żałować, że trzeba żyć teraz, bo tak na prawdę liczy się tylko następne 5 minut…