W marcu zeszłego roku wydawnictwo Insignis wyszło z propozycją „Miłości w czasach zagłady”. Nie wiem, dlaczego już wtedy po nią nie sięgnęłam, dopiero w momencie ukazania się jej kontynuacji – „Marlene” – książka została przeze mnie zauważona, i jestem z tego powodu zadowolona, bo ominęłaby mnie ciekawa historia.

„Miłość w czasach zagłady” opowiada historię kobiet pewnej żydowskiej rodziny na krótko przed jak i w trakcie Wojny, nie jest to jednak opowieść jak inne, o pokrzywdzonych polskich żydach w czasach Holocaustu (do których, mam wrażenie, my Polacy jesteśmy szczególnie przywiązani), lecz opowieść o traktowaniu niemieckich żydów przez ich własny naród.

Elisabeth Malpran nie wie, gdzie zaginął jej mąż, w desperackim akcie postanawia poślubić wysoko postawionego oficera SS Albrechta Brunnmanna, licząc na jego pomoc w odnalezieniu ukochanego. Wie też, że Albrecht ochroni jej pół-żydowskie dzieci. Nie domyśla się jednak jakie okropne plany ma oficer i do czego chce wykorzystać ją i jej córkę…

Wiele lat po wojnie, gdy umiera babka Felicity, a jej matka ucieka z tajemniczą paczką do Włoch, Felicity odkrywa zaskakujące fakty o swojej rodzinie. Gdy razem z Marthą i zaprzyjaźnionym zakonnikiem tłumaczą pamiętnik babci odkrywają niejedną tajemnicę zmarłej, a wraz z tym historię swojej rodziny…

Książki wojenne są jednymi z moich ulubionych. Czyta mi się je nadzwyczaj szybko i łatwo, uwielbiam zgłębiać tę tematykę, a Holocaust wybrałam jako temat maturalny. Kilka razy byłam w Auschwitz, za każdym razem na nowo przeżywając te wszystkie okropne historie, jednak ta książka potrafiła mnie zaskoczyć. Nigdy wcześniej nie natrafiłam na wspomnienia czy opis życia żydów w Niemczech. Ba! Nie wiem czemu myślałam, że takich osób tam nie było. Przecież to absurd. Ludność żydowska żyła również na terenach Niemiec i została tak samo okrutnie potraktowana jak ta w Polsce. Ogromne chapeau bas dla autorki za pokazanie nam początku Wojny z perspektywy Niemca, jest to ogromnie ważne, żeby ludzie nie zapomnieli, że nie każdy Niemiec był Hitlerem i zgadzał się z jego ideologią.

Książka zawiera w sobie dużo faktów historycznych zgrabnie połączonych z postaciami i faktami fikcyjnymi. Autorka objaśnia w posłowiu, co jest faktem, a co fikcją i które postaci wzorowane były na prawdziwych osobach. Powiem szczerze, że podobał mi się ten zabieg. Z całej książki wyciągnęłam więcej faktów niż z czterech lat historii w technikum (wyjątkowo znienawidzony przeze mnie przedmiot), a i częściej zdarzało mi się sprawdzać niektóre nazwiska czy informacje na internecie, przez co na prawdę dowiedziałam się wielu nowych faktów. Autorka zgrabnie porusza się między ulicami niemieckich miast jak Monachium czy Berlin, równie dobrze radzi sobie z włoskimi zakątkami, zaskoczyło mnie jednak z jaką dokładnością Hanni poświęca opisywaniu Krakowa. Niestety, nie znam się na tyle na naszej dawnej stolicy, żeby stwierdzić, czy wszystkie przez nią informacje są poprawne, jednak przez jej opisy mam ochotę wrócić na kilka dni do miasta Smoka Wawelskiego i zwiedzić rynek, sukiennice i Wawel. Myślę, że każdy, kto książkę przeczytał chciałby wrócić lub pierwszy raz pojechać i zwiedzić to piękne miasto. Dodatkowo, mam wrażenie, że autorka poświęciła wyjątkowo sporo słów na opisy Krakowa. Nie stosowała takich zabiegów do opisania Rzymu, Monachium czy Berlina… Kolejny ukłon w jej stronę właśnie za to, Kraków na to zasługuje.

Podsumowując, „Miłość w czasach zagłady” niewiele ma związku z miłością czy romansem, bohaterki książki raczej zmagają się z  dramatem życia i konsekwencjami miłości. Muszą radzić sobie z odrzuceniem, tęsknotą, brakiem akceptacji i ze śmiercią. Dlatego uważam, że polski tytuł książki jest wyjątkowo nietrafiony, a tytuł oryginany – „Honigtot” – w dosłownym tłumaczeniu – Miodowa śmierć –  również nijak się ma do treści zawartej w książce. Może kiedyś uda mi się przeczytać tę powieść w oryginale i wtedy tytuł nabierze znaczenia….

Książka na lubimyczytać.pl zaklasyfikowana jest jako historyczna. Okładka jak i tytuł delikatnie sugerują nam romans. Z ani jednym, ani drugim się nie zgodzę, myślę raczej, że można założyć, że książka jest obyczajowa z elementami romansu, historii i kryminału w tle. W gruncie rzeczy jest to wyjątkowo smutna opowieść, ale kto by się spodziewał happy endu po książce wojennej.

Ostatecznie – polecam, autorka ma lekkie pióro i książkę zwyczajnie dobrze się czyta. Ja niedługo zabieram się za kontynuację serii,książkę „Marlene”, która czeka na półce na swoją kolej, zobaczymy co autorka wymyśliła tym razem…